niedziela, 9 sierpnia 2015

Poradnik, jak budować klimat - czyli "Bezkresne Morze Sargassowe"

Karaiby fascynowały i fascynują, nie tylko filmowców. Upalny klimat, gorący temperament tubylców (i, a nawet głównie, tubylczyń), a przy okazji trochę Voodoo, jakiś szaman i tańce przy ognisku. Co dość zaskakujące - twórców (a co za tym idzie, także widzów) niespecjalnie interesuje zagłębianie się w karaibską świadomość - a bardziej sama atmosfera widziana okiem przybysza, egzotyka, przedstawiona tak, jak odczuwa ją człowiek zachodu - bo przecież autochtoni są tej egzotyki integralną częścią.
Doskonale zdawał sobie z tego sprawę już Val Lewton, kiedy czuwał nad produkcją jednego ze swoich najlepszych filmów, Wędrowałam z zombie (w reżyserii Jacquesa Tournera) - niesamowitej, onirycznej, z pozoru banalnej historii o pielęgniarce opiekującej się swoją ciepiącą na katatonię panią. Ta opowieść - fabularnie cokolwiek płaska - jest tak perfekcyjnie poprowadzona, że nawet dziś - po 72 latach od premiery - odczuwa się duszną, gorącą atmosferę, a słynne sceny wędrówki Betsy i Jessiki robią niesamowite wrażenie.

http://i.ytimg.com/vi/ISeuNUASHXc/maxresdefault.jpg
Z magii Karaibów czerpał też Wes Craven w swoim Wężu i tęczy i wielu innych, mniej lub bardziej zdolnych twórców (choćby Avi Nesher w Rytuale) - a także ci, którzy uznali za stosowne względnie pożądane katować nas coraz to nowymi produkcjami o zombie-wcale-nie-voodoo.

Ale można też inaczej, co udowodnił Brendan Maher (a wcześniej chyba też John Duigan w wersji 1993, ale tej nie dane mi było oglądać), kręcąc Bezkresne morze Sargassowe. Film jest ekranizacją powieści Jean Rhys, która z kolei jest prequelem słynnej Jane Eyre Charlotte Bronte.

http://s0.discshop.se/img/front_large/91925
/wide_sargasso_sea_video_on_demand.jpg
Ogólnie rzecz biorąc, głosy krytyki sympatyzujące z Bertą Rochester są dość powszechne, co nie jest takie dziwne, biorąc pod uwagę, o czym rzeczywiście jest ta książka. Ale ta produkcja posuwa się jeszcze dalej (nie wiem jak książka, zapewne też) - Antoinette (czyli "późniejsza" Berta) jest osóbką inteligentną, sympatyczną, prawą, szczerą i koszmarnie samotną. Jako Kreolka nie jest ani biała, ani czarna, jako kobieta - nie może być niezależna. On - Rochester - też nie jest potworem - zmarginalizowany młodszy brat, szuka majątku i zrozumienia, tego pierwszego jakby bardziej. Od początku wie, że ich uczucie to nie wielka miłość - w przeciwieństwie do gwałtownie w nim zakochanej Antoinette. Wie, że to małżeństwo nie da im wielkiego szczęścia - zbyt duża jest różnica charakteru i temperamentu - ale może dać spokój. Nic bardziej mylnego. W Jane Eyre mówi tytułowej bohaterce, że Berta była wulgarna i ordynarna od samego początku ich pożycia małżeńskiego. Antoinette nie jest ani wulgarna, ani ordynarna wedle naszych standardów, raczej wolna i zakochana, po prostu młoda. Jednak wychowanego w skostniałym społeczeństwie Anglika drażni jej niechęć do podporządkowania się absurdalnemu savoir-vivre'owi - obojętne - w leśnej głuszy czy w sypialni. Na Jamajce, wśród powszechnego rasizmu i ciągłych konfliktów pomiędzy ludnością biała i czarną - ona sympatyzuje raczej z czarnymi, ale nie potrafi stać się jedną z nich, on za to jest biały nie tylko w fizycznym tego słowa znaczeniu.

http://www.frockflicks.com/wp-content/uploads/2001/04/wide.jpg

Ona kocha, kocha tak bardzo, że - kiedy jej uczucie okazuje się nieodwzajemnione - sama siebie niszczy, popada w szaleństwo jako ucieczkę od koszmarnej rzeczywistości. W powieści Charlotte Bronte Rochester zachwyca się własnym miłosierdziem, że Berta może przebywać z nim w Thornfield Hall zamiast w innej jego posiadłości o niezdrowym klimacie. W Bezkresnym Morzu... Anglia okazuje się piekłem (choć miała być rajem), koszmarem tak ogromnym, że Antoinette w ogóle nie chce dopuszczać go do świadomości.

https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcSiHdIoMRkdm3-rRpcsEYHkXztyEiXUaoKEnxWb9PZ6zvetZwnZ

Choć fabuła tego filmu jest jedną z jego niewątpliwych zalet, to tym, co naprawdę zachwyca - jest klimat. Niesamowita, duszna atmosfera, bardzo zmysłowa, sprzyjająca szaleństwu oddana przez Davida Luthera działa niesamowicie skutecznie, do tego dochodzą jeszcze efekty dźwiękowe, potęgujące klimat tajemnicy. Magia voodoo jako taka pojawia się w jednej scenie, ale jej obecność jest wyczuwalna przez bite 94 minuty trwania produkcji. Jasne, przejrzyste kadry, oświetlenie zahaczające momentami o prześwietlenie dają efekt okolicy słonecznej, ale niezbyt przyjaznej, a to wrażenie potęguje się wraz z trwaniem filmu. Czasem wkracza zieleń - a to witalna, z to zepsuta i zgniła. Kolory są z reguły bardzo nasycone, co świetnie podkreśla kontrast pomiędzy akcją "wewnątrz" (w domu, w Thornfield) a "na zewnątrz" - wśród jamajskiej roślinności albo nad wodą.

http://photos1.blogger.com/blogger/323/1025/1600/wide_sargasso3_gal.jpg

Takiego efektu nie powstydziłoby się najlepsze kino grozy.

piątek, 7 sierpnia 2015

Dzień następny, czyli rzucam to wyzwanie i dlaczego

Tak, poddaję się i w ogóle. Po którymś dniu zmagań z 30 Day Movie Challenge stwierdziłam, że kontynuowanie tego jest niezwykle nudne. Po pierwsze - ileż można pisać o ulubionych filmach? Po drugie - naprawdę macie po ulubionym filmie z każdego gatunku? Po trzecie - moje ukochane produkcje często nie dają się zaszufladkować - tak jest też z aktualnie ulubionym z ulubionych - pod tytułem Cienie zapomnianych przodków - który, jeśli bardzo chcemy "gatunkować" - może przedstawicielem radzieckiego kina nurtu ludowego (wedle nazewnictwa pana Płażewskiego) albo balladą filmową. Po czwarte - ludzie z zasady wolą czytać - i pisać - o tym, co ich zaskoczyło, skonfundowało, dało im do myślenia, co wzbudziło ich wątpliwości, wreszcie - co ich rozczarowało, a nie li o tym, co było w filmie super. To znaczy, jeśli znamy film, który jest idealny, to proszę bardzo, można się o nim rozpisywać, ale co w przypadku ulubionego romansu/komedii/dramatu/familijnego, który się nam po prostu PODOBAŁ? Bo był - słodki, kochany, nieźle zrobiony, uroczy itepe?
Summa summarum - znudziło mi się :D

niedziela, 2 sierpnia 2015

Musical po LSD - "Love Never Dies" Andrew Lloyda Webbera.

Wczoraj miałam niezwykłą okazję po raz kolejny (drugi konkretnie) zobaczyć to wiekopomne dzieło, jeszcze dość młode dziecko nadwornego kompozytora Stanów Zjednoczonych Andrew Lloyda Webbera. Film wywarł na mnie (ponownie) wrażenia tak niezapomniane, że zamieszczam na tym blogu moją nieco zmienioną Filmwebową "recenzję" (raczej chaotycznie spisane wrażenia, ale niech będzie że recenzję) - i ostrzegam przed spojlerami.


https://www.londontheatredirect.com/img/
eventgallery/LoveNeverDies_233.jpg


Gwoli ścisłości, oglądałam ten niezwykły spektakl w obsadzie: Ben Lewis - Upiór, Anna O'Byrne - Christine, Maria Mercedes - Madame Giry, Simon Gleeson - Raoul, Sharon Millerchip - Meg, Jack Lyall - Gustave. Wydanie DVD, sfilmowane właściwie jak film, publiczności nie widać - coś w stylu nowszych osiągnięć Teatru Telewizji.


http://www.alaskapublic.org/wp-content/uploads/2012
/06/John-Tsiavis-LND-set-up-sho.jpg
Only his mask was ever found - te jakże klimatyczne słowa rozpoczynają przedstawienie, na wypadek gdyby widz zapomniał, jak zakończył się Upiór w Operze, bo przecież to nie jest tak, że na sequel przychodzą głównie wielbiciele "jedynki", no wcale nie. Zaraz potem mamy okazję zobaczyć wzmiankowaną maskę wraz z jej właścicielem, ten ostatni rzępoli coś na organach, potem się na nich kładzie, chwyta w drżące łapki (w ogóle mimika Bena Lewisa odznacza się niewyobrażalną wręcz wymownością) kartkę z nutami, po czym w drzwiach w poziomie pojawia się zawodnik sumo, który krzyczy: NIE WIDZISZ, WIDZU, ŻE ON NIE MOŻE TWORZYĆ? Widz z zasady nie jest zwierzęciem inteligentnym, to nie widzi - jednak Ędrju spieszy na ratunek i już Upiorzynka wykonuje rzewny recytatyw na temat swej lubej Christine. Którejże to portret ma w swojej pracowni, dzieło rozmiarów wcale pokaźnych, jeno nie wiadomo, kto mu je namalował, ale to zapewne jeszcze jeden z ogromu jego talentów, o których zresztą dowiadujemy się później. A więc śpiewa do tego portretu nader dramatycznie Till I Hear You Sing z mimiką ciała porównywalną z pobożnymi Żydami w synagodze. Już wczuwamy się jego położenie.


http://images5.fanpop.com/image/photos/30400000/
Love-Never-Dies-wallpaper-love-never-dies-E2-99-
A5-30463143-1559-1071.jpg
Trzymaj się widzu mocno, bo oto... Coney Island! Zaprezentowane przez trio, swoją drogą, niezgorszy to pomysł, wprowadzenie do ponurej, gotyckiej i romantycznej atmosfery Upiora... klimatu psychodeliczno-cyrkowego - szkoda, że tak zmarnowany. Na chwilę robi się trochę mniej duszno, jako że z powietrza wyparowuje duch Krysi i Upiorzynki,a pojawia się mnóstwo pięknej scenografii i ciekawych pomysłów plastycznych, przy akompaniamencie świetnej muzyki i w rytm znośnych (a jak na LND nawet bardzo dobrych) tekstów. Widzimy więc trio, które opowiada o tym magicznym, niezwykłym miejscu, widzimy Meg Giry (i słyszymy jej Only for you), która jest cokolwiek dość dziwnie ubrana - coś pomiędzy papugą a Lady Gagą - ale ogólnie jest tak, że zaczynamy się zastanawiać, czy te pierwsze sceny to przypadkiem nie był jakiś wypadek przy pracy. 


Ano, nie był. Przekonać się o tym da boleśnie wręcz szybko - bo oto na scenie Madame Giry! Webber w ramach swej niebywałej subtelności wszystkie czarne, czarniejsze i najczarniejsze charaktery przedstawia w ciągu ułamka sekundy. Tak więc, momentalnie dowiadujemy się, że Madame Giry (która zostaje nam przedstawiona, jak to każdy nauczyciel, poganiając biedną trupę cyrkową z okrzykiem, że jeszcze cztery pokazy przed nimi) jest biczą, biczą i raz jeszcze biczą, a także biczą biczy, i że zależy jej li na kasie. Względnie jeszcze na Upiorzynce i szczęściu córeczki, ale tu tak jakby słabiej. Jej iloraz inteligencji jest ewidentnie liczbą jednocyfrową, bo jakoś nie pojawia się na jej idealnie gładkiej powierzchni mózgu myśl, że kiedy już Eryś dostanie Krysiuchnę z powrotem, to jakiś tam park rozrywki będzie miał w głębinach swojego nosa i pewnie poszuka opery.


http://www.stagewhispers.com.au/sites/default/files/
imagecache/lightbox/news/LND_1048_2.jpeg
Wszyscy (czyli coś w stylu miejskiego motłochu) czekają kiedy to Christine, opery gwiazda najjaśniejsza, zejdzie z pokładu statku, przy czym twórcom dzieła uciekł chyba fakt, że zachowanie dziennikarzy z początku wieku XX było nieco inne, aniżeli te współczesnych paparazzich. Wiedzą wszystko o wszystkich, podają megaploteczki, nieomal w tym porcie koczują. Krysieńka wychodzi na ląd, razem z synkiem - Gustawem i mężem - Raoulem, przy czym mamy okazję ponownie przekonać się o zasadności prawa Ędrju o przedstawianiu charakterów czarnych. Naturalnie, Raoul zachowuje się jak chamski, nadęty bufon z przerostem ego, wszyscy wiedzą, że jest zły, ale drzwi w poziomie znowu się otwierają, a zawodnik sumo krzyczy NIE WIDZISZ,WIDZU, ŻE ON JEST ZŁY? Raoul traktuje dziennikarzy z buta, żonę i synka podobnież, zbiera manatki i ku uldze wszystkich scenę opuszcza.

Ale jak opuszcza! Po Christine przyjeżdża powóz. Bez koni. Cudowne talenta Upiorzynki, odsłona druga. Eryk Ford, wersja deluxe. Ale, cobyśmy się na pewno zorientowali, że to Eryk przysłał ten powóz, zawodnik sumo wypycha z wnętrza powozomodu trójkę jego pomagierów (tych, co opowiadali o Coney Island).

Następna scena ma jeden cel - zawodnik sumo przyprowadził kolegów po fachu i razem krzyczą: NIE WIDZISZ, WIDZU, JAKI RAOUL JEST ZUUYYY? No, faktycznie jest - złośliwy, apodyktyczny, żona musi mu we wszystkim ustępować, Gustaw go nie interesuje w ogóle. Problem polega na tym, że Webberowaci zatrudnili do tej roli Simona Gleesona, faceta z klasą, obok jakiej Upiorzynka nawet nie stanęła .


http://content.internetvideoarchive.com/
content/photos/7798/200782_032.jpg
Christine śpiewa Look with your heart, robi się słodko, disneyowsko, a po scenie fruwają różowe kucyponki, świergocząc niby słowiki. Gucio idzie spać, trza przecież dać matce trochę prywatności. 

I się zaczyna...

Drzwi się otwierają, oczywiście same, i prosiem państwa, prosiem bardzo, było już Wejście Smoka? A Wejście w mrok było? A Wejście Ninja? No to teraz mamy też Wejście Upiorzynki. Tenże potwór w ludzkiej skórze albo i człowiek w skórze potwornej wkracza do buduaru damy swego serca. Ogarnia go spojrzeniem swoim, kroczy dostojnie, a na twarzy wybitnego w tej roli Bena Lewisa maluje się wyraźnie Ależ ta podłoga brudna! Kryśka zemdlona leci na podłogę (wyrzuty sumienia, że butów nie wytarła), ale nic to, nadzwyczajne talenta Erysia, odsłona trzecia - magnes w ramionach! I Krysiunia gestem romantycznym a namiętnym zarzuca mu (ewidentnie nieświadomie, wszak straciła przytomność) ramiona na szyję. 
Na pstryknięcie palcem się budzi, następuje chwila wyjątkowo dramatycznych tudzież rozpaczliwych okrzyków, ekspresja z jego strony osiąga poziom drewnianego blatu, I tak sobie wyją Beneath a Moonless Sky, genialna muzyka i tekst na poziomie pornosa (pieściłem cię, głaskałem cię, brałem cię i znowu, i znowu). W pewnym momencie, Christine woła I loved you, a Anna O'Byrne jest tak przekonująca, że widza autentycznie przechodzą ciarki, niestety przechodzą i ze wstydu rzucają się z balkonu, albowiem chwilę później widz dostrzega jak ta wiadomość podziałała na Upiorzynkę. Otóż jego rozpacz jest potworna, ale nie ma czasu o niej myśleć, bo chyba przypomniał sobie, że ma rozrusznik i nie powinien się denerwować (łapie się za serce), na dodatek wychodzą mu mleczaki (bardzo stara się nie przygryzać wargi, ale to silniejsze od niego), a co gorsza, ta podłoga jest naprawdę brudna (Ben, nie patrz w dół!). 
Później mamy okazję usłyszeć ach-jakże-wzruszające wykonanie Once Upon Another Time, ona patrzy w lewo, on w prawo, następnie z ekspresją godną dębu Bartek zamieniają się miejscami i dalej śpiewają to samo.
Z Upiornego wychodzi bestia, bo oto się przekonał, że panna nie rzuci męża i dziecka, i nie pogna za nim do słodkiej piwnicy, zwłaszcza że 10 lat temu się z nią przespał, a później zwiał, a to tak jakby była końcówka XIX stulecia i kwestię utraty dziewictwa traktowano ździebko inaczej niż dzisiaj. Szantażuje więc Krysiuchnę, twierdząc, że jeśli dla niego nie zaśpiewa, to mały, kochany Gucio nie wróci z wycieczki po Coney Island.


http://usercontent1.hubimg.com/11829876_f520.jpg


W następnej sekwencji, Christine i Meg spotykają się po latach. Ogólnie znowu zaczynamy się zastanawiać, czy to czasem nie jakieś wyjście na prostą, bo My Dear Old Friend i poprzedzające recytatywy są całkiem porządnie napisane, Ben zniknął z ekranu, więc robi się tak jakoś bardziej wiarygodnie, jakby aktorzy przypomnieli sobie, że to czas już zacząć grać. Do pewnej chwili, albowiem nagle Raoul dowiaduje się od Madame Giry, że tajemniczy milioner, podszywający się pod pana Y, to nie kto inny jak HIM! Naturalnie, ani jedna scena w której Raoul nie wspomniałby słowem względnie czynem o piciu jest niedopuszczalna. Schodzi do baru, a Krysia orientuje się, że Gucio wyparował.

Na Filmwebie napisałam: tu ma miejsce scena rodem z brazylijskiej telenoweli. Cofam te słowa. Brazylijskie telenowele, z których jedną nawet oglądałam w całości, mają więcej polotu i są bardziej wiarygodne niż to coś. Bohaterów da się polubić, a wzajemne relacje Mayi, Raja, Bahuana, Dudy, Ramira i Tarso miały w sobie więcej wiarygodności, były w jakiś sposób psychologicznie podbudowane i zazwyczaj logiczne. Czego nie da się powiedzieć o tych tutaj.Wracając do akcji musicalu, Eryś dostrzega, że syn Christine, uwaga, proszę państwa, werble proszę, potrafi grać na pianinie. Tak jest. Zrozumieli państwo? POTRAFI GRAĆ NA PIANINIE. Takie były wtedy standardy wychowania, a jego matka jest chyba słynną śpiewaczką operową, ale no cóż. Upiorzynka wpada więc na genialny pomysł (który wyraża z miną skretyniałego imbecyla, państwo pleonazm przebaczą): Gucio ma 10 lat! A on 10 lat temu spędził jedną, podkreślam: jedną, noc z Christine. Więc na pewno Gustaw to jego syn! 



http://3.bp.blogspot.com/-rkCeBt79ArA/UHse3vOdpSI/
AAAAAAAABxE/n_tkNu-YsJk/
s1600/tumblr_m8go9qiTKT1r8biyko1_500.png

Zaczyna się Beauty Underneath. W ogóle cały ten musical to beauty underneath - tak głęboko underneath, że nie widać. Groteskowych dekoracji część dalsza, tylko że teraz już groteska sprowadza się do czerpania garściami z tanich horrorów klasy Y - jakiś szkielet, cyklop, nawet syrena (tak, serio). Piosenka jest, delikatnie rzecz ujmując ekstatyczna i (yes) dobrze (yees) państwo (yeees) zrozumieli (yeeees) to (YES!) słowo (YEEEES!). Upiorzątek tak się zapamiętał, że aż pokazał synkowi buźkę. Dzieciak, z jakiegoś dziwnego powodu przerażony, ucieka do matki. Krysia przyznaje, że tak, faktycznie, to syn Erysia, a skąd ona to wie, skoro to nijak nie czas USG i testów ciążowych, tym nie musimy się kłopotać. Na Upiornym wrażenie robi to niezmierne, pada na kolana (wyfroteruję tę podłogę, w końcu mi się uda!... cholera, rozrusznik, zapomniałem...).


https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/236x/4d/
3f/91/4d3f917deded7531fcc25af104596034.jpg

Okazuje się, że Madame Giry schowała się w szafie (poważnie) i wszystko słyszała, i oczywista znowu okazuje się biczą biczy. W finalnym momencie jej recytatywu znowu błyskają te wszystkie dziwactwa, trochę to dla mnie oryginalny środek artystyczny, ale pewnie się nie znam.
Akcja przenosi się do baru, no bo gdzie indziej znajdziemy najczarniejszy z czarnych charakterów, naszego master of disaster, który w oryginale był, prawdaż, księciem na białym koniu, ale o tym zapomnijmy. I tak patrzenie na Simona Gleesona wiąże się z niejaką ulgą. Śpiewa nasz szwarccharakter, nad kieliszkiem rzecz jasna, Why Does She Love Me. Piosenka nie ma zbyt wiele sensu, jako że mistrz sumo od samego początku przekonuje nas, że Christine wcale a wcale męża nie kocha. Śpiewa, pije, śpiewa, pije, znowu pije i widzi Meg. Która to Meg głosem z lekka rozpaczliwym opowiada, jak to smutki w morzu topi. Jedno w wódzie, drugie w morzu, to ciecz i to ciecz, logiczne w końcu. 
Ni z gruchy, ni z pietruchy pojawia się Upiorzynka (Meg wcześniej wychodzi), zawiera z Raoulem zakład pod tytułem "Christine zaśpiewa to jest moja, nie zaśpiewa, to twoja, a wszystkie długi ci spłacę". Żeby się już nie czepiać zbytnio, to trzeba powiedzieć, że Devil Take the Hindmost brzmi rewelacyjnie. Widocznie Raoulowi alkohol wyżarł już mózg, bo zamiast przybiec do Krysi, powiedzieć jej o wszystkim, zabrać ją i dziecko, i odjechać - owszem, przybiega, jak nastolatka, której się przed studniówką połamał paznokieć, krzyczy "jedźmy, Krycha, jedźmy, tu masz bilety", po czym wybiega. To ma sens, zwłaszcza że Upiór coś tam jednak za występ zapłacił, sporo nawet, a ona ma przecież długi męża do spłacania, więc tak jakby może chcieć zostać, nawet po to, żeby mu pomóc. 


http://www.empressbooks.com/newsletter/Spring2014/
Ben_Lewis_Simon_Gleeson_handshake.jpg

No i zbliża się występ Christine. Ale, zanim wystąpi, mamy coś dla widzów o gustach mniej wyrafinowanych, nasza ulala girl, Meg Giry! Wzmiankowana ulala girl śpiewa sobie wesoło Bathing Beauty, uroczą, kabaretową pioseneczkę o tym, jak nie potrafiła zdecydować się na jeden kostium kąpielowy, więc wzięła je wszystkie, a na plaży pomogły jej przebrać się przyjaciółki. Piosenka sama w sobie zła nie jest, widać Upiorzynka podążyła za nowymi trendami, ale to da się nawet przeżyć - taki kabaretowy standard, w dodatku jak niewiele rzeczy w tym dziele pasujący do swoich czasów. Problem w tym, że nawet do atmosfery LND pasuje równie dobrze, co Felicita do Ojca Chrzestnego.
Jak można się domyślić, Christine śpiewa, prawdaż, wybierając tym samym Upiorka, Raoul skruszony odchodzi. I tu mamy chwilę wytchnienia, bo scenografia i suknia Christine są oszałamiająco piękne, Anna ma cudowny głos, bardzo dojrzały, jej wykonanie piosenki tytułowej jest niesamowite i poruszające. 
Wszystko co dobre, szybko się kończy, a przysłowia mądrością narodu. Zakończenie do tego stopnia niszczy efekt piosenki, że to aż niewiarygodne, że Andrew Lloyd Webber mógł sobie tak strzelić w stopę. 

https://kpbs.media.clients.ellingtoncms.com/img/photos/
2012/06/06/LND_Christine_
t700.jpg?f40c0e74b997dbb01ce524758e0d04a31382c8af

Upiorzynka i Christine rzucają się sobie w ramiona, a tu nagle - o! - Gucio znowu się zgubił. Ale, /demoniczne hahaha/, proszę państwa, teraz porwała go Meg! Meg, która nie może znieść, że Upiorek jej nie kocha! A ona dla niego sypiała z połową Stanów Zjednoczonych, żeby tylko mógł park rozrywki wybudować! No więc, cudowne talenta Erysia, odsłona czwarta, Eryś-psycholog. Ale jednak chyba sporo wagarował, bo subtelnie wyznaje Meg, która usiłuje zabić najpierw jego syna, a później siebie że nie wszyscy możemy być jak Christine. Hirołina wpada więc w czarną rozpacz, a wręcz otchłań rozpaczy i strzela do Kryśki, ta upada i następuje POŻEGNANIE. Łamiącym się głosem oznajmia Guciowi, że oto jego nowy tatuś, po czym jeszcze chwilę razem śpiewają, ogólnie wygląda to tak, jakby Zbuntowany Anioł spotkał się w pół drogi z West Side Story. Sęk w tym, że na West Side Story płakałam jak głupia, a tutaj najwyżej ze śmiechu.
Krysia umiera, Gucio odwraca się tyłem do Raoula, który gdzieś tam się pałęta i rzuca się w ramiona Upiorzynki, odchodzą razem w dal. Koniec.

Czyż to nie cudowne?


http://sharonmillerchip.com/files/gimgs/th-13_425298-
120204-love-never-dies.jpg


Dzień siódmy i dzień ósmy - filmy, które sprawiają, że jestem szczęśliwa/smutna

Nie ma takich.
Kino to moja pasja, coś jakby więcej niż hobby. Owszem, istnieją produkcje, które wprowadzają mnie w dobry nastrój - ale taka Mamma Mia jest raczej daleka od czynienia mnie aż szczęśliwą. W drugą stronę podobnie. Na licznych filmach płakałam (na wyrwanej z kontekstu scenie, zobaczonej przypadkiem tylko raz - był to fragment Człowieka z La Manchy), ale samo oglądanie filmu nigdy nie czyni mnie smutną.
Powiedzmy, że ktoś jest fanem windsurfingu. Niektóre wyjazdy wspomina lepiej, inne gorzej, w jednym miejscu był tańszy hotel, a pewnego razu skręcił sobie kostkę - ale zawsze to surfowanie sprawia mu frajdę, bez różnicy, czy akurat jest nad Bałtykiem, czy w Australii. Dajmy na to, że nad Bałtykiem było w zeszłym sezonie niezupełnie przyjemnie, ale gdyby miał wybór - pustynia Egiptu a tydzień w Łebie - to pewnie wybrałby Łebę, bo kocha surfować. 
A ja analogicznie mam z oglądaniem filmów :)

piątek, 31 lipca 2015

Mam problem z tym filmem albo gust nie jest dla wszystkich, czyli "Dzieciątko z Macon"

W nocy z przedwczoraj na wczoraj zdarzyło mi się obejrzeć jeden z najsłynniejszych filmów kontrowersyjnego reżysera Petera Greenawaya - Dzieciątko z Macon. I, jak wskazuje tytuł, mam z tym filmem spory problem.
Bo to jest szuka i nie pasuje do mojego pojęcia sztuki. To jest piękne i jednocześnie fatalne, subtelne i wulgarne. Ten film tak bardzo wynika się jednoznacznej ocenie, że doprawdy nie wiem, co o nim myśleć. Uwaga: ten post jest długi i co poniektórym może się wydać dość kontrowersyjny.

http://1.fwcdn.pl/po/52/82/5282/7415236.3.jpg

Czym jest sztuka?

Na to pytanie nie da się odpowiedzieć. Po prostu się nie da. Ale mogę wskazać, czym sztuka jest dla mnie i czego ja - osobiście ja - szukam w filmach.

  • Przede wszystkim - sztuka filmowa to poszukiwanie i ukazywanie piękna we wszystkich jego formach. Nie znoszę epatowania brzydotą, nawet w najlepszych intencjach - z drugiej strony uważam, że każdą, każdą bez wyjątku, sytuację można ukazać w subtelny sposób. Piękne jest łowienie motyli w Jaśniejszej od gwiazd i piękne są sceny morderstw w Suspirii. 
  • Ukazanie piękna jako takiego nie musi pociągać za sobą ani skomplikowanej osi fabularnej, ani specjalnej logiki zdarzeń. Piękno może być przyziemne, a może być oniryczne, może być logiczne, może stanowić li senną wizję. 
  • Od filmu wybitnego oczekuję, że będzie przemyślany i dopracowany. Że reżyser (tudzież producent) nie pójdzie po linii najmniejszego oporu, po prostu, excusez le mot, nie "oleje" sobie wszystkich realiów, udając że robi film "w konwencji". Że będzie konsekwentny w tym, co robi - jego pomysł winien być "dorobiony" co do szczegółu i - jeżeli jest adaptacją - nie schodzić poniżej poziomu pierwowzoru.
  • Dzieło wybitne powinno być intertekstualne, ale symbol to środek przekazu a nie jego cel. Innymi słowy: kiepski reżyser to taki, któremu się wydaje, że jeżeli wrzuci na chybił-trafił kilka aluzji do innych filmów, to od razu nakręcił dzieło wybitne, klękajcie narody. Bardzo dobry reżyser wie, że symbol służy nawiązaniu dialogu z widzem, przekazaniu mu treści, które mają być w jakimś celu ukryte (czy z powodu cenzury, czy po prostu żeby nie zaburzać przekazu). Naturalnie, to wymaga od widza znajomości kodu kulturowego, który nie na każdej szerokości geograficznej jest taki sam. 
  • Dobre kino to nie kino przeintelektualizowane, nieczytelne bez właściwego przygotowania. Dobre kino może obejrzeć każdy, tylko inaczej je odbierze. Cienie zapomnianych przodków dla mentalnego gimnazjalisty to tylko zbiór pocztówek z Huculszczyzny, dla fanatyka romantyzmu - przeniesienie tej epoki na ekran, jej blasków i cieni (głównie blasków chyba), jej ludowości, mistycyzmu, magii liczb i żywiołów. 
  • W końcu: film wybitny nie jest oddzielony od moralności, a więc artysta nie może wszystkiego. Wiem, że to niespecjalnie pasuje do tego, co teraz nazywamy Sztuką, ale postmodernizm jako kompletne przewrócenie piramidy wartości do góry nogami mnie nie przekonuje. Co nie oznacza z automatu, że sztuka ma być dydaktyczna - takiej też nie trawię - ale wartości moralne jako takie też są piękne. Przy czym skreślam raczej produkcje czarno-białe (w sensie jakości scenariusza, rzecz jasna) a niektóre z filmów, że tak powiem, moralnie nietypowych, to skończone arcydzieła. Rzecz w tym, że film wybitny nie kontestuje moralności dla samego kontestowania.

Tak więc, w skrócie - tego w kinie poszukuję. A jak się ma do tego produkcja Greenawaya i czemu mam z nią problem?

http://www.hbo.pl/siteimages/galleryimages/146000/
146918/resized/the_baby_of_macon_06_-_960.jpg

Dzieciątko z Macon

Może jestem katolem, może jestem mało postępowa, a na co dzień noszę moher - ale scena prawie-seksu z synem biskupa na sianku w stajence, zakończona brutalnym morderstwem z rozkazu filmowej wersji Jezuska (nawet jeśli to "tylko" gra z archetypem) a wykonana, przez krowę, którą później kosą zaszlachtowała bohaterka - i to nie w konwencji "czego to ludzie nie wymyślą", ale zupełnie serio i z namaszczeniem - to dla mnie przegięcie.
Z drugiej strony - doceniam wzmiankowaną grę z archetypem, szczególnie kobiety-matki, z archetypem cudownych narodzin. To w istocie film bez dna. O zacieraniu się granicy między rzeczywistością a teatrem (i filmem). O manipulacji - nie tylko manipulacji Kościoła, bo Kościół - poza wyżej wymienioną sceną - to tylko rekwizyt, adekwatny do czasów, w których rozgrywa się film i nader plastyczny. O egoizmie - egoizmie siostry-matki, która pragnie być bogata; syna biskupa, który pozuje na intelektualistę, a w istocie liczy na korzyści szybkie i przyjemne; biskupa, który robi karierę na sławie dziecka, traktując je przy tym wyjątkowo brutalnie. O relatywizmie prawdy - bo, mimo że autor religią nie bardzo się przejmuje, to dziecko przecież ewidentnie nie jest zwyczajne. Jak daleko można się posunąć w kulcie? Do czego prowadzi fanatyzm? Jaka właściwie jest różnica między fanatyzmem a wiarą? Dlaczego głosy rozsądku zawsze giną wśród owiec idących na rzeź? W końcu - jak zły jest człowiek?
Ten film nie próbuje pokazać piękna ani go nie szuka. Ukazuje rzeczywistość w zupełnie nierzeczywisty sposób - albo na odwrót, nierzeczywistość w sposób rzeczywisty, wszak granica między tym, co na scenie, a tym co "prawdziwe" jest niezauważalna, ale (nie)rzeczywistość bez gracji i piękna, (nie)rzeczywistość ludzi zepsutych i złych. Świat, na którym nie ma dobra, a cudowne dziecko wywołuje tylko śmierć. Na planecie Greenawaya uświęcona dziewica staje się niewolnicą swojej czystości a macierzyństwo jest uzurpacją. Nie istnieje świętość, dobra wola, nawet miłość nie istnieje. Odruchy ciepła zostają natychmiast stłumione a na tle całego filmu są wręcz niezauważalne. To, co złe pochodzi od ojca, to, co złe pochodzi od matki... szydzi z nas Greenaway. Bo to, co złe nie pochodzi ani od ojca, ani od matki, ale jest permanentną częścią każdego człowieka i nie sposób się go wyrzec. Mało tego, to co złe, najczęściej przejmuje kontrolę.


http://www.hbo.pl/siteimages/galleryimages/146000/
146918/resized/the_baby_of_macon_04_-_960.jpg

Wszyscy jesteśmy Cosimem

Całe przedstawienie odgrywane jest dla młodego księcia Cosima, który zdaje się być personifikacją publiczności (teatralnej w filmie, ale przede wszystkim tej kinowej). Młody książę, dość głupi, niespecjalnie piękny ani wrażliwy, ma jednak pozycję i władzę, która pozwala mu czuć się lepszym niż inni. To on stanowi też pomost między teatrem, który "uczy go żyć", jak śpiewał Wodecki, a rzeczywistością pozateatralną. To on sprawia, że spektakl przestaje być spektaklem.
Cosimo to publiczność. Głupia, żądna krwi i wrażeń publiczność, która na spektaklu chce nauczyć się żyć - a kino to "tylko" sztuka. Widzowie, którym się wydaje, że są najwybitniejszymi ekspertami w swoim fachu.
I tu przechodzimy do ciągu dalszego zapowiadanej kontrowersji. Otóż ja uważam, że gust to luksus, na który nie wszyscy mogą sobie pozwolić.
Niedawno pisałam, żeby nauczyć się rozróżnić to, co się nam podoba od tego, co jest dobre. Oczywiście nadal tak uważam, ale...
W gimnazjum uczy się pisania recenzji, przynajmniej ja to przerabiałam w gimnazjum. Jeden z moich nauczycieli twierdził, że własną opinię wyraża się na podstawie ogółu, a nie detali.
Oba te pomysły są idiotyczne.
To znaczy, recenzja ważny gatunek, ale w gimnazjum powinno się przede wszystkim uczyć ludzi o kinie, a nie kazać im je oceniać. Nie można ocenić czegoś, czego się nie zna. Już łaskawie zamilknę na temat tego, jak bardzo kino w szkole jest deprecjonowane,.
Wracając do tematu - gimnazjaliście powinno się z urzędu zabronić wygłaszać komunały o własnym guście. Mentalnemu gimnazjaliście, to nie tylko kwestia wieku. Zanussi powiedział kiedyś, że kultura się rozwija, kiedy elity są naśladowane przez masy, nie na odwrót, i ja się z tym absolutnie zgadzam. Wszechobecna wolność słowa pozwala ludziom niespecjalnie lotnym umysłowo wygłaszać swoje komunały, bez żadnego poparcia w faktach, bez powołania się na jakikolwiek autorytet - z samego faktu, że mają oczy i właśnie obejrzeli film. Ale to nudny film był, nic się nie działo, ta cała Gong Li jakaś taka nie ten teges, a na końcu facet śpiewa piosenkę i jest zaćmienie Słońca, hahhaha, xDxDxD Kret w pogodzie takie zaćmienie pokazywał. Ale gdyby ten światły człek wyguglował "Czerwone sorgo", to by się może przekonał, że to zaćmienie Słońca, co Kret w pogodzie pokazywał, można zinterpretować przynajmniej na cztery różne sposoby.
Ja tylko apeluję - trochę pokory.

Dzień szósty - ulubiona komedia: "Jak rozpętałem drugą wojnę światową"

Dziś znowu krótko, zwięźle i na temat, bo inny film mnie zaaferował. Ulubiona komedia to Jak rozpętałem druga wojnę światową, w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego, z genialną rolą Mariana Kociniaka. Idealne połączenie humoru z odrobiną liryzmu i dużą dozą wdzięku. O czym to mówić chyba nie trzeba, bo kto tego nie widział? :)

http://static1.stopklatka.pl/library/1E/36/plakat_a342cb1858d3efa.jpg/1.0/
plakat_a342cb1858d3efa.jpg

czwartek, 30 lipca 2015

Dzień piąty - ulubiony dramat: "Jaśniejsza od gwiazd"

Od ponad roku - mój ulubiony film. Chociaż nazwanie go "dramatem" jest pewnym nadużyciem. Z drugiej strony... pod tym gatunkiem kryją się tak przeróżne filmy obyczajowe, że nic nie przeszkadza produkcji Jane Campion dramatem być.

http://auteurs_production.s3.amazonaws.com/post_images_danny
/multiple%20images/MPOTW/bright_star_500.jpg

Tego filmu nie ogląda się dla fabuły. Krótko mówiąc: fabuły praktycznie nie ma. Znaczy jakaś tam jest, ale w zasadzie daje się sprowadzić do "on kocha ją, ale on jest biedny i ona też, więc nie mogą być razem". Tylko, że ten "on" to John Keats, jeden z najwybitniejszych poetów literatury brytyjskiej (i światowej), a "ona" to Fanny Brawne, jego ukochana, muza i adresatka jego płomiennych listów. Ona i On są zakochani - bardzo sentymentalnie zakochani - i w zasadzie nic ponadto. Żadnych dramatycznych zwrotów akcji, pościgów, ratowania księżniczki z wieży. Księżniczka musi radzić sobie sama, a księcia nie stać nawet na rząd dla białego konia, o zamku nie wspominając. I tak sobie kwitnie ich uczucie - niczym lawenda, pośród której w jednej ze scen leży Fanny. W rytmie narzekania pana Browna, zazdrosnego przyjaciela Keatsa, zmartwień matki bohaterki i kroków jej rodzeństwa, pełniącego rolę przyzwoitki. Bohaterowie poznają się, zakochują, mogą spędzać ze sobą wiele czasu (bo mieszkają po sąsiedzku) chodzą razem odwiedzać chorego brata Johna i w końcu się zakochują. Najpierw jest zauroczenie, potem przyjaźń, a w końcu, niezauważalnie przeradza się w prawdziwą miłość. 

http://www.knowledgelost.org/wp-content/uploads/2010/04/brightstar1.jpg

Jaśniejsza od gwiazd to piękny film. Krótko, zwięźle i na temat. To po prostu wyjątkowo piękny film, z perfekcyjnie oddanym klimatem, kostiumami, scenografią, z idealnie przemyślanymi zdjęciami i melodyjną muzyką. Tylko tyle i aż tyle. Tak liryczny, że aż monotonny, ale w niezwykle pasjonujący i ujmujący sposób. Jest też bardzo realistyczny - to wręcz wycinek z życia, taka miłość "po prostu - bo jesteś". To miłość jednocześnie zwyczajna i - ponieważ żadna miłość tak naprawdę nie jest zwyczajna - inna niż wszystkie. 


https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/236x/a3/
45/6c/a3456c0aa6364d416985720f1078dfeb.jpg

Wybuch Fanny w końcowej scenie to przebłysk geniuszu Abby Cornish. jedyny napiętnowany naprawdę wyrazistymi emocjami fragment filmu nie daje o sobie zapomnieć jeszcze długo, dłuuugo.